Dziennikarstwo w czasach kryzysu
Słowa kluczowe : dziennikarz prasowy,
Autor: Maciej Wapiński
Gdy zaczynamy pracę w mediach, zwykle sądzimy, że wolny zawód pozwoli nam być niezależnym, prowadzić trochę nerwowe lecz fascynujące i bardzo intensywne życie. Jak wyznała mi Julia Sawicka, dziennikarstwo jednak nie zawsze jest tak wspaniałe jak to sobie wyobrażamy.
Podobnie jak większość początkujących dziennikarzy, pracę zaczęła w dziale miejskim. Pierwszą gazetą do której trafiła było "Życie Warszawy". - To była prawdziwa szkoła warsztatu- mówi o pierwszych miesiącach spędzonych w redakcji. Jako stażystka, bez znajomości, dopiero ucząca się języka newsów i zdobywania informacji, była wyznaczona do tego co w slangu nazywa się "lataniem po mieście". - Demonstracje, pikiety, uroczystości, sesje rady miasta - tym się zajmowałam. Na początku nie podobało mi się. Dopiero później dotarło do mnie, że potrafię pojawić się na demonstracji i po 20 minutach mieć cały materiał do napisania tekstu – opowiada z uśmiechem na drobnej twarzy.
Wolny zawód to mit?
Choć praca w "Życiu Warszawy" była ciekawa, pojawił się problem, z którym zawsze ścierają się młodzi adepci sztuki dziennikarskiej - pieniądze. Mimo, że pracowała dużo, nie przekładało się to na zarobki. Jej teksty były drukowane rzadko, wierszówka była niska. Po roku zdecydowała się przejść do rodzącego się powoli nowego tytułu Axel Springer Polska – „Dziennika". Ponownie trafiła do działu warszawskiego.
- Praca w "Dzienniku" była zupełnie inna niż w "Życiu" - wspomina. - Skończyła się walka o jakikolwiek komputer, co było standardem w poprzedniej redakcji. Własne stanowisko pracy było jednak jedną z niewielu zalet nowej pracy. Julia wciąż nie miała etatu, pieniądze dostawała tylko od wydrukowanego tekstu. Nie podobało jej się również podejście przełożonych do kierowania redakcją. Niedługo po przejściu do "Dziennika" zaczęła szukać nowej pracy. Tego czasu nie uważa jednak za stracony. - Dzięki "Dziennikowi" przekonałam się jak tak na prawdę wygląda dziennikarski światek. Do zawodu trafia sporo przypadkowych osób, karierowiczów, których interesuje tylko wspinanie się po chybotliwych szczebelkach ku wątpliwej sławie - opowiada.
To przekonanie pozostało jej do dzisiaj. – Większość redakcji nieodmiennie kojarzy mi się z kołchozami. Szybko można się przekonać, że dziennikarstwo wcale nie jest wolnym zawodem. Każdy w mniejszym lub większym stopniu jest kukłą, która musi wykonywać polecenia ”góry”. A freelancerzy rzadko kiedy są w stanie wyżyć ze zleceń – dodaje.
Tworząc nowy tytuł
Do problemów zawodowych doszły te osobiste. Właśnie kończył się jej wieloletni związek. Bardzo przeżyła rozstanie. Gdy dostała propozycje przejścia do nowego projektu Polskapresse - gazety "Polska" - wahała się długo. - W końcu zdecydowałam się przenieść się o kilka budynków dalej - żartuje (siedziby Axel Springer Polska i Polskapresse znajdują się na tej samej ulicy na warszawskim Slużewcu Przemysłowym - przyp. aut.). Jak wspomina, wiosną 2007 r. na Domaniewskiej można było zobaczyć prawdziwe pielgrzymki dziennikarzy i redaktorów. - Wszyscy wysyłali się na wzajem na przeszpiegi. Nikt nie był pewien czego można się spodziewać w nowym tytule - mówi.
Na rozmowie w "Polsce" bardzo się zdziwiła. Pierwszy raz w życiu ktoś sam chciał ją zatrudnić, nie musiała starać się o to, by przypaść do gustu swoim nowym szefom. - Właściwie od progu zaproponowano mi upragnioną umowę o pracę - wspomina. Gdy o tym opowiada, widać jakim przeżyciem było dla niej zostanie zawodowym dziennikarzem na etacie. - Nie chodziło tylko o pieniądze. Wreszcie poczułam się doceniona – mówi delikatnie mrużąc niebieskie oczy.
Początki projektu było trudne. - Nieraz wychodząc wieczorem z pracy widziałam jeszcze ludzi siedzących przy komputerach. Gdy rano wracałam, wciąż tam byli, mieli tylko trochę bardziej przekrwione oczy - mówi. Jeszcze długo przed startem "Polski" słychać było plotki o dziennikarzach nocujących w redakcji.
Wyjazdy i powroty
Problemy zaczęły się jednak dopiero później. - Większość dziennikarzy i redaktorów ze wszystkich działów nie dogadywała się z szefostwem. Po kilku miesiącach od wydania pierwszego numeru okazało się również, że "Polska" nie osiągnie takiego sukcesu jak zapowiadano przed startem - mówi. Cały czas doskwierał jej również brak czasu na realizację swojej największej pasji - podróży.
- To właśnie możliwość ciągłego przemieszczania się skłoniła mnie do wyboru tego zawodu. Myślałam, że dziennikarz to osoba, która musi być gotowa na ciągle podróże, przed którą stoi wyzwanie ciągłego zwiększania swojej wiedzy i umiejętności - mówi. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Dynamikę zastąpiła stagnacja. - Praca w gazetach nie różni się specjalnie od zwykłej biurowej dłubaniny. Z czasem każdy dzień wygląda tak samo, między bajki można włożyć historie o tym jakiej niesamowitej aktywności wymaga dziennikarstwo. Zaś przywilej wyjazdu w delegacje jest dostępny tylko dla wybranych.
Długo w "Polsce" nie wytrzymała. Najpierw by odpocząć od stresu pojechała do Indii. – Ta podróż mnie zmieniła. Do tej pory nigdy nie zapuszczałam się tak daleko - mówi odgarniając sprzed twarzy rude, kręcone włosy. - Zobaczyłam inny świat. Ludzi śpiących na ulicy, wioski odcięte od świata, brudny i chaotyczny Bombaj, w którym mieszka kilkanaście milionów osób. Po czymś takim powrót do Polski i "Polski" był na prawdę ciężki.
Był na tyle trudny, że w pracy wytrzymała jeszcze kilka miesięcy i złożyła wypowiedzenie. - Już wcześniej wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała odejść. Choć nie miała żadnych perspektyw na szybkie znalezienie nowej pracy i tak odeszła. Przez prawie dwa miesiące próbowała zatrudnić się gdziekolwiek. Na rynku mediów już wtedy widać było pierwsze oznaki nadchodzącego kryzysu. Spadała sprzedaż prasy drukowanej, coraz mniej dziennikarzy pracowało na etacie, zdarzały się pierwsze zwolnienia. Poszukiwanie pracy się przedłużało, a Julia coraz bardziej się dołowała.
Kryzys dotyka każdego
W końcu udało jej się jednak znaleźć zajęcie. - I to w największej gazecie w Polsce. "Fakt" przyjął mnie z otwartymi ramionami. Zaproponowano mi więcej pieniędzy niż się spodziewałam. No i pożegnałam się wreszcie z działem miejskim - mówi. Teraz zajmowała się ostatnią stroną tabloidu - działem zagranicznym. - To była nowość, nigdy wcześniej nie pracowałam w kolorówce. Inny język, inne tematy, na co innego zwracano uwagę przy redagowaniu - opowiada. Praca jej się podobała, jednak cały czas traktowała ją jedynie przejściowo. Zanim zdążyła odejść, dopadł ją kryzys. - Pewnego dnia jak gdyby nigdy nic mój szef oświadczył mi, że zostaję zwolniona. "Redukcja etatów", tłumaczył z zakłopotaniem - opowiada. Razem z nią zwolniono kilkanaście innych osób.
Nowej pracy wciąż nie znalazła. - Codziennie czytam o kryzysie, słucham o nim w tv. Wszyscy się boją, niektórzy nawet już sami go poczuli. Ktoś ze znajomych albo rodziny stracił pracę, komuś obniżono pensję, banki zaczęły się dopraszać o przyspieszenie spłat długów. A w mediach tą atmosferę czuć szczególnie mocno – mówi.
Rady dla przyszłych dziennikarzy? – Lepiej uważajcie, bo świat mediów bywa okrutny i niesprawiedliwy. Ale jeżeli jesteście dość wytrzymali by go znieść, warto do niego wejść.

