RedakcjaPDF.pl
Niedziela, 5 września 2010 roku
 
Redakcja PDF » Dziennikarstwo » Ludzie » Zaczęło się od listów

Zaczęło się od listów


Słowa kluczowe : dziennikarstwo,
Autor: Szymon Fabiański

Emanująca pozytywną energią, człowiek pióra i książki, śmiejąca się dużo i głośno. Pisarka, dziennikarka i dusza towarzystwa.

Liliana Fabisińska mieszka w podwarszawskim Nadarzynie. Pierwsze co rzuca się  w oczy w jej domu to piętrzące się wszędzie książki; nie mieszczą się na półkach, wiele znajduje się w stosach pod ścianą. Kilka leży pootwieranych, ponieważ pani Liliana, która każe mówić do siebie  „Lilu”, czyta ich kilka jednocześnie.  Czyta od najmłodszych lat, a pisać zaczęła już jako bardzo mała dziewczynka. Nigdy nie wstydziła się swojej twórczości, dzieliła się nią ze wszystkimi wkoło, przede wszystkim z mamą i koleżankami. Czytanie i pisanie od samego początku było dla niej najważniejsze, chociaż pierwotnie chciała zostać dyrektorem zoo.

Zaczynałam pisać, gdy jeszcze nie umiałam. Kiedy chodziłyśmy z mamą po parku, ja miałam nie więcej niż cztery lata, brałam liście, które spadły z drzewa i udawałam że na nich piszę. To były moje pierwsze listy.

Bardzo wcześnie zapisała się do penklubów w Irlandii i Związku Radzieckiego. Języków uczyła się całkiem sama. Zawsze bardzo otwarta na ludzi, w centrum uwagi i bardzo otwarta na ludzi nie miała problemów z nauką języka.

Gorzej było z rosyjskim. Pierwsze listy z przyjacielem z Ukrainy pisałam nie znając w ogóle rosyjskiego, ani nawet cyrylicy. Słowa zapisywałam w łacińskim alfabecie, fonetycznie. Jego odpowiedzi odczytywał mi mój ojciec.

Jej przygoda z dziennikarstwem zaczęła się bardzo wcześnie. Już  w podstawówce pisała do „Płomyczka”, publikowano wiele jej tekstów. W liceum wygrała konkurs na dwutygodniowe warsztaty dziennikarskie, które ostatecznie pomogły jej podjąć decyzję, żeby zostać dziennikarką. Wtedy też zaczęła pracować w redakcji „Na przełaj”, a tuż przed maturą w „Sztandarze młodych”. Jej pierwsze studia to dziennikarstwo oraz rusycystyka na UW. Z tych kierunków szybko zrezygnowała na rzecz  polityki społecznej.

Dziennikarstwo bardzo mnie nudziło. Uczono mnie tam tego, co w „Sztandarze” miałam opanowane już po miesiącu, a przedmioty teoretyczne mnie nudziły. Podobnie było z rusycystyką.

Ostatecznie skończyła italianistykę i kryminologię w Republice Południowej Afryki. Całe studia były co prawda korespondencyjne (taki kurs kończył  min. Nelson Mandela), ale na egzaminy i odbiór dyplomu magistra pojechała osobiście.

W redakcji od jej nazwiska wykuł się nowy termin „fabiolizacja”. Pani Liliana ze swoim zapałem pisarskim nie mieściła się bowiem w sztywnych konwencjach krótkich tekstów dziennikarskich. Wszystkie swoje teksty starała się upiększyć, w usta swoich rozmówców wkładała słowa, które miały ich ubarwić. Redaktor naczelny nie był zachwycony.

Równolegle z debiutem dziennikarskim, Liliana zaczynała pisać dłuższe teksty. Jej pierwsze publikacje to głównie bajki dla dzieci, a z czasem ksiązki dla młodzieży. Wydała „Amora z ulicy Rozkosznej” oraz piętnastotomową serię dla dziewczyn „Bezsennik, czyli o czym dziewczyny rozmawiają nocą”. Parę lat temu napisała także książkę dla dorosłych pt. „Arbuzowy sezon”.

Kiedy pisałam jedną z pierwszych książek dla dziewczyn, wydawca zrobił bardzo obszerne badania. Najpierw książkę przeczytał on, kilku pedagogów, kilkadziesiąt dziewczynek, korekta, no i rzecz jasna ja kilkukrotnie. Nigdy nie zapomnę, kiedy z wielką dumą otworzyłam moją pierwszą dużą książkę, a tam pierwsze zdanie brzmiało: „We wrześniu, jak co roku, skończyła się szkoła”… - śmieje się pani Liliana.

Czy pisanie dla dorosłych, będąc znanym jako pisarz dla dzieci i młodzieży jest trudne? Jeżeli chodzi o wydawcę, to nie. Wydawcy są bardzo tolerancyjni.  Trudniej jest się przestawić, jeżeli chodzi o język. Dzieci nie rozumieją bardzo wielu słów, których można używać, pisząc dla dorosłych. Ale dla tworzyć dla dzieci i tak jest o wiele trudniej. Dzieci mają o wiele większą wyobraźnię, wyłapują najmniejsze nieścisłości. Te ksiązki są dla nich bardzo ważne, więc kiedy w pierwszej części bohaterka mówi, że lubi zupę pomidorową, to trzeba uważać, żeby następnych przypadkiem nie polubiła żurku.

Przez pół roku, jako 27-letnia kobieta, była redaktor naczelną Filipinki. Te czasy wspomina jak najgorzej. Po prostu nie nadaję się na redaktor naczelną. Bardzo się cieszę, że dane mi było zająć to stanowisko na tyle wcześnie, bym mogła się przekonać, że nie warto się o to starać przez całą karierę dziennikarską. Do dziś pamiętam, jak koleżanka przekonywała mnie, że to mój obowiązek, że muszę ją zwolnić, żebym się nie przejmowała. –śmieje się. Obecnie pani Liliana pracuje między innymi dla „Samego zdrowia” i „Mam dziecko” .

Pani Liliana nigdy nie wie, jak skończą się jej książki, a bohaterowie sami ją zaskakują. Najważniejsze w jej powieściach są postacie. Bardzo dużo czasu poświęca na samo wymyślanie imion. Imię bardzo świadczy o człowieku, każde ma swój kolor. Liliana jest rzecz jasna lila, Szymon jest brązowo- pomarańczowy. Wielu jej bohaterów ma dziwne imiona,  jak np. tytułowy Amor.

W wolnym czasie lepi z gliny w Nadarzyńskiej szkole ceramiki artystycznej. Bardzo dużo podróżuje po całym świecie. Uwielbia babskie wieczory i słodycze.

Pisanie jest całym moim życiem. Nawet na poczcie siedząc pięć minut w kolejce, wyciągam papier listowy i pióro. Jakie są moje plany? Zaraz wydaję książkę. A dalej? Będę ciągle pisać.