W cieniu Redaktora
Słowa kluczowe : Zofia Hertz, Jerzy Giedroyc, Kultura,
Autor: Ola Kwietko
Zofia Hertz była całkowicie podporządkowana swojej największej pasji – paryskiej „Kulturze”. Pomimo wielu wyrzeczeń, u schyłku życia mogła z przekonaniem stwierdzić, że niczego nie żałuje. Najważniejsze jest bowiem, by jakąś pasję po prostu mieć.
Choć „Kultura” była dziełem przede wszystkim Jerzego Giedroycia, on sam wielokrotnie podkreślał, że bez Zofii Hertz nie byłoby pisma, a tym bardziej Instytutu Literackiego. Prawdą jest, że „Kultura” była ukochanym dzieckiem Hertzowej, zwłaszcza że nigdy nie miała własnych. - Nie powiem pani, że żałuję, że nie mam dziecka, nie. To zupełnie nie wchodziło w rachubę – mówiła Hannie Marii Gizie podczas wywiadu udzielonego w Maisons-Laffitte. Nie miała dobrych wspomnień z dzieciństwa. Rodzice rozstali się, gdy skończyła cztery lata, niedługo potem zmarła matka. Z ojcem widywała się raz do roku. Nie zabrał jej do siebie, tylko oddał pod opiekę ciotki, która nie była ani czuła, ani bogata. Nie poinformował córki nawet o tym, że ponownie się ożenił, wszystkim dookoła zaś opowiadał, że jest jej wujkiem.
Bez męczeństwa
Zofia Hertz chciała studiować dziennikarstwo, zastanawiała się także nad medycyną, ale oba kierunki były bardzo czasochłonne i uniemożliwiłyby jej pracę. Zdecydowała się więc na mniej absorbujące prawo. Po studiach jako pierwsza kobieta w Polsce zdała egzamin na stanowisko notariusza.
Jeszcze przed wojną poślubiła Zygmunta Hertza. Choć powiedziała kiedyś do przyjaciółki Niny: - Nareszcie jestem samodzielna, świetnie zarabiam. Po cóż miałabym wychodzić za mąż?! – to jednak po kilku próbach przyjęła oświadczyny. Podkreślała, że wyszła za mąż z wielkiej przyjaźni, poza tym Zygmunt był ładnym chłopakiem. – Mieliśmy jedną wspólna cechę: nam nigdy nie zależało na pieniądzach! Pieniądze były mało ważne, co nie znaczy, że byliśmy męczennikami, co jedzą suchy chleb. Lubiliśmy się porządnie ubrać, chociaż ja nigdy nie miałam żadnej biżuterii, ale to mnie po prostu nie interesowało. Samochód mieliśmy używany, bo używany, ale był. Na wakacje też z mężem wyjeżdżaliśmy – opowiadała Gizie.
Ten mundur, ten szyk!
Swoje umiejętności organizatorskie, które tak bardzo przydały się w Paryżu, pokazała już w wojsku. Pracowała w Biurze Kultury, Prasy i Propagandy II Korpusu, miała pod swoją opieką siedemnastu panów – męską armię, którą skutecznie rządziła kobieta. - Zosia jest nieoceniona, dlatego że zajmowała się rachunkami, buchalterią, tymi wszystkimi niesłychanie skomplikowanymi rzeczami. Ja do tej pory nie bardzo orientuję się w podatkach. To było na jej głowie. Właściwie wszystko było na jej głowie, dlatego że jednocześnie pełniła funkcję sekretarki redakcji, korektorki i prowadziła dom – opowiadał Gizie Jerzy Giedroyc.
W czasie, gdy ważyły się losy państwa, była młodą i szalenie atrakcyjną kobietą. Ten mundur, ten szyk! – choć miała męża, kochali się w niej inni panowie. – Nawet proponowali mi, żebym rozeszła się z mężem i wyszła za kogoś innego, ale nie zrobiłam tego, bo miałam bardzo dobrego męża. Doskonałego. Niepotrzebny był mi inny – wspominała.
Nic dziwnego, że chwaliła Zygmunta. W końcu poświęcił dla niej całe życie i karierę. Nie był przekonany i zaangażowany w paryskie przedsięwzięcie, mówił wielokrotnie: - Zosiu, zostaw tego Jerzego, zostaw tę „Kulturę” i zacznijmy życie gdzie indziej, inaczej. Nie dawała jednak za wygraną, a on z czasem się przekonał. Zresztą w grę nie wchodziło rozstanie na dłużej. Jeszcze podczas wojny, w 1940 roku Zofia została wywieziona wraz z mężem do posiółka Cyngołek, by pracować przy wyrębie lasów, podzielając tym samym losy innych Polaków spod sowieckiej okupacji. Wręcz wprosiła się do transportu (bo kobiety przy wyrębie lasów były mało użyteczne), byle tylko nie rozstawać się z Zygmuntem. Zdawała sobie sprawę, że jeśli teraz stracą siebie z oczu, mogą się już więcej nie zobaczyć. Nie umarli tam z głodu tylko dlatego, że sprzedawali miejscowej ludności swoje ubrania. Na szczęście dowiedzieli się o podpisaniu układu Sikorski – Majski i udało im się przedostać do tworzącej się właśnie armii Andersa w Buzulku.
Na obczyźnie
Po zakończeniu wojny przebywali w Rzymie, bo wojsko nie zostało jeszcze zdemobilizowane. Najpierw doszli do wniosku, że można wydawać polskie książki, by trafić do przebywających we Włoszech Polaków, później narodził się pomysł wydawania „Kultury”. Z Jerzym Giedroyciem pracowała od początku 43 r. Była więcej niż jego sekretarką, znała wszystkie jego pomysły i to wyjątkowo jej się podobało. Wszyscy mówili: - Oszaleliście! Co wy chcecie zrobić? Przecież jesteście na obczyźnie! Jak możecie urządzić jakąś polską instytucję bez pieniędzy?! Zofia Hertz mówiła, że sami nie wiedzieli, jak to będzie, ale zdawali sobie sprawę z jednego: na pewno muszą wyjechać z Rzymu. Pierwszy numer „Kultury”, która w założeniu miała być kwartalnikiem, ukazał się jeszcze we Włoszech.
Jerzy Giedroyc nie chciał wracać do Polski rządzonej przez komunistów. W 1947 roku przenieśli się do Maisons-Laffitte pod Paryżem. Zygmunt nalegał, by jednak zamieszkać w kraju. Zofia jednak bała się, że jako pracowniczka wydziału propagandy armii Andersa zostanie po powrocie aresztowana. – Moja miłość do Zygmunta nie była aż tak duża, żeby dla niego siedzieć w więzieniu – stwierdziła po latach w wywiadzie udzielonym Gizie. On zaś z miłości do niej został w Paryżu.
Kobieta do wszystkiego
Pracowali całymi dniami, odprężali się w przydomowym ogródku, który namiętnie uprawiali. – Spopularyzowaliśmy tutaj koperek. Francuzi nigdy go nie używali, a teraz koperek kupuje się nawet na rynku – opowiadała. By pozyskać czytelników rozsianych po sześćdziesięciu krajach zachodniego świata, wraz z Zygmuntem napisała odręcznie tysiące listów, na które bardzo często dostawali odpowiedzi! Prowadziła rachunki, adjustowała teksty, gotowała i przyjmowała gości. Ich wynajmowana willa, w której mieszkała i pracowała cała redakcja „Kultury” (Hertzowie i Jerzy Giedroyc z bratem), była domem otwartym. Po ciężkim dniu, nawet jeśli o jedenastej w nocy przyjechał znajomy i zaprosił ich na wino, nie odmawiali, zawsze znajdując siły.
Nie umiała gotować, lecz przecież coś musieli jeść, a pieniędzy było zbyt mało, by chodzić po restauracjach. Do historii przeszła jej zupa bebełucha – pomidorowa, ale zrobiona na zasadzie: wrzuć wszystkie składniki do garnka i czekaj, aż się rozgotują. Zofia Hertz broniła się, że ta papka smakowała prawie jak pomidorowa, którą zapamiętała z Polski.
- Eksperymentowała na naszych żołądkach, proponując te swoje wybryki kulinarne, które były czasami bardzo śmieszne – Giedroyc powiedział Gizie. Zofia wiedziała, że może wcisnąć Redaktorowi nie tylko swoje papki, ale także uwagi do tekstów i sposobu redagowania „Kultury”. – Ja go znałam lepiej, niż on sam siebie – mówiła. Po adiustacji przychodziła do niego i sugerowała, żeby lepiej nie drukować tego artykułu, bo mogą wyniknąć kłopoty. On był uparty, nie zawsze dawał się przekonać i wypuszczał ryzykowny tekst, a potem rzeczywiście miał nieprzyjemności. Zofia Hertz znała ludzi i wiedziała, do czego mogą się przyczepić. – Zosia się wtrącała, miała swoje uwagi, niektóre bardzo trzeźwe. To zawsze było dla mnie bardzo cenne. Takie inteligentne kontrolowanie tego, co się dyktuje – podsumował Redaktor.
Giedroyc miał do niej bezgraniczne zaufanie, nie tylko w sprawach służbowych. Kiedyś, w środku nocy zapukał do drzwi sypialni Hertzów z pytaniem, czy Zofia może do niego przyjść. Powiedział, że boli go stopa. Okazało się, że miał wbitą drzazgę pod paznokieć środkowego palca, zrobił się z tego paskudny stan zapalny, a on chodził z tym kilka dni, nie mówiąc nic nikomu. Ona wyjęła mu tę drzazgę pęsetą, zdezynfekowała i obyło się bez lekarza.
Samotność bez nudy
Poza Zygmuntem i Redaktorem nie miała nikogo na świecie. – Myślałam, że jesteśmy nieśmiertelni – mówiła Gizie. Po śmierci Giedroycia, zgodnie z jego życzeniem, „Kultura” miała się nie ukazywać, a Zofia Hertz miała przejąć kierownictwo nad Instytutem Literackim. W sierpniu 2000 roku mówiła: - Kultura była i jest wielką sprawą. Bardzo w nią wierzyłam. Uważam, że Jerzy jest naprawdę wybitnym człowiekiem.
Pod koniec życia narzekała jedynie na samotność. - Najważniejsze, że ja się nigdy w życiu nie nudziłam. Nie wiem, co to znaczy nuda. A to wielka rzecz! – stwierdziła.
Zmarła w 2003 roku, w wieku 93 lat.


